Cindy Sherman i Tomasz Machciński – artyści tysiąca twarzy

Autorka: Zosia Dałkowska

Emilka kończy swoją przygodę z Muzeum Sztuki Nowoczesnej mocnym akcentem, goszcząc od lutego do maja aż trzy wystawy. Pomimo tego, iż każda z nich jest dziełem innej pary kuratorów, wpisującym się w zaproponowaną przez nich narrację i teoretycznie zajmuje inną część przestrzeni muzealnej, to w rzeczywistości wszystkie trzy projekty wzajemnie się przenikają – zarówno fizycznie, jak i tematycznie. Pojawiają się na nich wątki, według których można byłoby wydzielić osobne, autonomiczne „mikro wystawy”; jednym z nich jest ciało artysty jako jego narzędzie pracy, a w szerszym sensie problem stosunku artysty do własnego ciała. Na wystawach Po co wojny są na świecie oraz Chleb i róże znajdujemy zaskakująco wiele autoportretów, malarskich i fotograficznych, m.in. prace Cindy Sherman, Tomasza Machcińskiego, Zbigniewa Libery czy Mariana Henela. Zestawiając ze sobą pracę dwojga artystów zaprezentowanych na różnych wystawach, zaobserwować można wiele wspólnych konceptów, które pokazują użycie przez nich ciała jako narzędzia, środka wyrazu i sposobu ekspresji.

W tytule posłużyłam się określeniem, jakie na przestrzeni lat przylgnęło do kaliskiego artysty-fotografa, Tomasza Machcińskiego (ur. 1942). Na wystawie Po co wojny są na świecie prezentowanych jest ponad sto czarno-białych zdjęć, wszystkie to autoportrety – choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że oglądamy kilkudziesięciu różnych modeli i modelek. Te prace, wiszące w zamkniętej z czterech stron przestrzeni zaaranżowanej w formie oddzielnej wystawy, to zaledwie ułamek konsekwentnego, realizowanego od pół wieku projektu artystycznego, dzieła totalnego. Machciński od 1966 roku wcielił się w ponad siedemnaście tysięcy postaci z literatury, filmu, historii czy polityki, a także stworzył całkowicie własne, fikcyjne kreacje. Zadziwia przenikliwością analizy psychologicznej, indywidualnością i niepowtarzalnością każdej z nich. Jego niezwykła mimika i umiejętność wcielania się w kogoś zupełnie innego nie tylko fizycznie, ale także z przekonującym ukazaniem jego wnętrza budzi fascynację, podziw, ale także pewien nieokreślony rodzaj niepokoju. Zwłaszcza gdy znajdujemy się w tej ciasnej przestrzeni na wystawie, a ze ścian spogląda na nas z jednej strony Chrystus, z drugiej zaś Elizabeth Taylor.

mach
Z archiwum fotograficznego artysty, 2014, dzięki uprzejmości Tomasza Machcińskiego

Prace Machcińskiego często interpretuje się jako kontrowersyjne, balansujące na granicy transseksualizmu (przebiera się także za kobiety). Sprawiają, że na usta cisną się dziesiątki pytań, chcielibyśmy wiedzieć dlaczego. Co sprawia, że artystka (pomimo braku międzynarodowego rozgłosu, sławy i pieniędzy) nie poddaje się i konsekwentnie realizuje złożony i czasochłonny projekt? Sam Machciński mówi o wewnętrznej potrzebie, którą odczuwa. Coś skłania go, by dalej tworzyć i choć nie ukrywa chęci do wystawiania swoich prac, dzielenia się nimi z innymi, to jednak nie jest to dla niego priorytet. W ten sposób wpisuje się w nurt tzw. art brut czy też sztuki outsiderów (outsider art) i dlatego właśnie zwrócił uwagę Katarzyny Karwańskiej i Zofii Płoskiej, kuratorek wystawy.

Przyjmowanie różnych ról odbywa się u Machcińskiego na dwóch poziomach: zarówno podczas wcielania się w różnych bohaterów, jak i w samym procesie produkcji artystycznej, w której jest jednocześnie reżyserem, modelem, charakteryzatorem i kostiumografem. Co ciekawe, artysta nie stosuje żadnych sztucznych rekwizytów takich jak brody czy wąsy, natomiast wykorzystuje wszystkie zmiany, które zachodzą w jego organizmie, na przykład zmarszczki czy naturalny, siwiejący zarost; jego ciało staje się w dosłownym sensie narzędziem. Twórczość służy mu wyrażaniu siebie, jest też w pewien sposób poszukiwaniem własnej tożsamości. Artysta miał bardzo ciężkie dzieciństwo, wychowywał się w sierocińcach, o czym pisze w swojej autobiografii. Możliwe, że te doświadczenia zmusiły go do wchodzenia wewnątrz siebie i dogłębne analizowanie własnej osoby, czego wyrazem jest jego wieloletni projekt – proces. Ta droga do odnalezienia samego siebie została uwieńczona sukcesem, ponieważ obecnie Machciński już nie przebiera się za inne postaci, ale „po prostu jest sobą”.

Podobnie traktuje swoje ciało amerykańska artystka-fotografka Cynthia „Cindy” Morris Sherman (ur. 1954), która na pomysł fotografowania się wpadła dziesięć lat później niż polski artysta. Jej pierwszy cykl pod tytułem Bus Riders został wykonany w 1976 roku, choć nie od razu wystawiono go w galerii. Sherman, tak jak Machciński, całkowicie angażuje się w każdy etap tworzenia swoich dzieł, pracując zupełnie sama i wcielając się w różne role. Choć bohaterkami jej prac bywały aktorki, ona sama nie określa swego projektu mianem gry aktorskiej. Przyznaje jednak, że stosunkowo ograniczone zastosowanie rekwizytów czy rozbudowanego tła wymusza pracę nad ekspresją twarzy, która staje się dla niej podstawowym narzędziem przekazu.

W 1990 roku w wywiadzie udzielonym dla „New York Times” wyznała, że jej dzieła nie są portretami, ponieważ staje się w nich anonimowa, a czasem nawet znika, stapia się ze swoją postacią. Jednak niewątpliwie w pracach wystawianych na Chleb i róże (Bez tytułu #471, #472, #473; 2008) obecność samej Sherman jako artystki jest kluczowa, gdyż rozważa w nich relację artysta-kolekcjoner/zleceniodawca, a także miejsce współczesnego artysty w społeczeństwie. Zarówno jego ustosunkowanie się wobec klas społecznych (przede wszystkim elit, czym wpisuje się w narrację wystawy), jak również wobec tradycji malarskiej. Jej tożsamość jest wyraźne widoczna, stanowi o spójności tych fotografii i otwiera wiele możliwości interpretacji. Niedostępne, bogate kolekcjonerki na zdjęciach patrzą na nas z wyższością i skłaniają do refleksji nad statusem sztuki w dzisiejszych czasach, która zamiast dążyć do egalitaryzmu coraz bardziej zamyka się i staje domeną tytułowego „jednego procenta” Andrei Frazer.

W przeciwieństwie do Machcińskiego, Sherman chętnie sięga po peruki, choć na przykład w serii Pink Robes z 1982 roku z nich zrezygnowała – co krytycy zinterpretowali jako ujawnienie się „prawdziwej” Cindy Sherman. Innym aspektem, który różni opisanych artystów, jest technika. Podczas gdy Machciński w prezentowanych w MSN pracach pozostaje wierny czerni i bieli, Amerykanka w latach 80-tych zaczęła tworzyć barwne fotografie i to właśnie one zostały wybrane przez kuratorów. Jak przyznaje sam Machciński, czerń i biel mają dla niego znaczenie emocjonalne, związane z dzieciństwem.
Na pozór wcale ze sobą niezwiązane prace polskiego artysty-outsidera i uznanej na świecie fotografki, której prace na aukcjach osiągają miliony dolarów, przy bliższej analizie ukazują podobne praktyki twórcze, a także sposób myślenia o sztuce i własnym ciele jako medium. Sądzę, że podobnych analogii można znaleźć w Emilii dużo więcej. Wystawy prowadzą ze sobą nieustający dialog, dają szerokie pole do interpretacji i zachęcają do nieoczekiwanych skojarzeń; do zagubienia się gdzieś na granicach i otwarcia na to, co mogą nam zaoferować.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s